Big boats take the glory, little boats make the sailor
Czytelniku, jakby co, to pisz: b.oh(małpa)gazeta.pl

piątek, 03 lutego 2012

Ten blog jest martwy. Jeśli ktoś tęskni to jest kilka innych projektów blogowych bez przyszłości, które prowadzę - tu, tu i na przykład tu.

ALE JA TU JESZCZE WRÓCĘ.

sobota, 25 czerwca 2011

Widziałem ten film ze sto razy. Za sto pierwszym znalazłem to (od 0:37 do 0:40):

ostatni mohikanin bitwa hydraulik

CO TO ZA GOŚĆ? Wygląda trochę jak hydraulik z Arkansas, a trochę jak hippis z komu spod Słupska, ale na pewno nie jak Huron z drugiej połowy dziewiętnastego wieku.



piątek, 15 października 2010

Jednym z największych odkryć wyprawy do Holandii sprzed dwóch lat były stroopwafle. Stroopwafel to ciastko o konstrukcji prostej jak aranżacje w polskiej muzyce pop, które wygląda tak:

 

Stroopwafel

Dwa wafle, w środku karmel. Haczyk jest jeden - stroopwafla kładzie się na kubku gorącej herbaty, w skutek czego karmel się topi, ciastko z twardego robi miękkie i pyszne:

 

To naprawdę nie jest skomplikowane. Wydaje się, że nie można z takim ciastkiem nic spieprzyć.

A jednak.

Po powrocie z Holandii z radością przyjąłem fakt, że także w Polsce można kupić stroopwafle - między innymi produkcji firmy TAGO, sprzedawane jako Tofinki. Zacząłem rozpowszechniać ideę stroopwaflową, przyznaję nieskromnie - ze sporymi sukcesami. Tofinki weszły na stałe do diety wielu redaktorów Sport.pl i Z czuba.pl.

Ktoś jednak w firmie TAGO postanowił ulepszyć Tofinki. Pomyśłał, być może, że lepsze jest wrogiem dobrego, a z połączenia dwóch smacznych rzeczy może powstać coś jeszcze smaczniejszego. Od dwóch tygodni w naszym firmowym sklepiku można kupić nowy rodzaj Tofinków - Tofinki w czekoladzie:

Drogi cukierniczy geniuszu - spróbuj położyć takiego Tofinka na herbacie, żeby ci się smakowicie rozpuścił. Zrobiłeś to? To teraz smacznego. Upieprzyłeś się? Rozumiesz już na czym polega problem?

I nawet bym się tym nie przejął, gdyby nie fakt, że Tofinki w czekoladzie (wraz z inną stroopwaflową abominacją - stropwaflami mini), wyparły zwykłe Tofinki, które zniknęły ze sklepowych półek w budynku Agory.

Drodzy rodacy! Niektóre rzeczy są po prostu dobre. Nie próbujcie ich robić jeszcze lepszymi. Nie umiecie.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Szanowny Panie Jarosławie,

Wesoło było na dworcu Warszawa Centralna w sobotę rano. 10:18, Intercity do Krakowa. Jeśli nie zwrócił Pan uwagi na szczegóły całej sytuacji, pozwoli Pan, że wspomnę o tym czy innym - tak na wszelki wypadek.

Historia zaczyna się od tego, że na peronie ścisk. I to ścisk międzynarodowy - przechadzając się w te i we wte po niezatłoczonej stronie peronu słyszałem angielski brytyjski, angielski amerykański, angielski panświatowy, niderlandzki, hiszpański, niemiecki i rosyjski. Nie przesadzam.

I teraz po kolei (nomen omen):

10:15 - komunikat z głośników, że Intercity do Krakowa będzie opóźniony o pół godziny, opóźnienie może ulec zmianie. Całość po polsku.

10:24 - na ten sam tor, na który miał wjechać Intercity wjeżdża tani i twardoławkowy Interregio - do Krakowa (z przystankiem we Włoszczowie). Zapowiedziany oczywiście i przez głośniki i na elektronicznych tablicach po polsku.

Do tego zapchanego już przed Warszawą pociągu na Dworcu Centralnym wsiadła mniej więcej połowa Polaków i prawie wszyscy obcokrajowcy. Mi udało się zatrzymać grupę Amerykanów, jakaś dziewczyna zatrzymywała Hiszpanów. Oboje tłumaczyliśmy, że to nie ten pociąg na który czekają i na który kupili bilety - nawet na wszelki wypadek skonsultowałem się z kierownikiem składu.

Ci wszyscy, których nie powstrzymaliśmy albo mieli bilety na Interregio, albo mieli bilety na Intercity. W drugim wypadku nieco przepłacili - większość z nich drogę spędziła na korytarzu, wciśnięci między bagaże (to był naprawdę tłum), a współpasażerów. Prawdopodobnie musieli kupić u konduktora nowe bilety wraz z dopłatą za wystawienie w pociągu. A przecież kupili bilet na wygodną podróż i ciastko w IC!

Intercity przyjechał zgodnie z zapowiedziami - pół godziny spóźniony. Choć wcześniej miałem problemy z dostaniem biletu, to jechałem w  niemal pustym przedziale, co skłania mnie do podejrzeń, że interpretacja o tłumach nieświadomych zagranicznych turystów wsiadających nie do tego pociągu co trzeba, jest jednak uprawniona.

Widziałem Pana wtedy na peronie (jeśli to był tylko Pana sobowtór - proszę wybaczyć pomyłkę), podobnie jak wielkie plakaty "Kolej na Euro 2012". Pan, podobnie jak ja i niewielka grupa innych podróżnych, nie dał się nabrać na ten trick spółek PKP z podmianą pociągów. Gratulacje.

Ale gdy myślę o tych wszystkich ludziach, którzy musieli dogadywać się łamaną angielszczyzną - a i to daj Boże! - z konduktorem w Interregio, to robi mi się po prostu głupio. Nie zdziwiłbym się, gdyby więcej do nas nie przyjechali, a takie podróże odradzali swoim znajomym. Albo wręcz przeciwnie - gdyby zaczęli polecać wycieczki do Polski jako egzotyczną turystykę ekstremalną "Jak po Azji, tylko bliżej" (choć w moich pociągowych podróżach po Azji udawało mi się takich pomyłek uniknąć, między innymi dlatego, że kolej była lepiej zorganizowana - więc może to niedobry przykład).

Zwracam Panu uwagę na tę sprawę - w sumie błahą - bo może ma Pan, poseł i ustawodawca, jakiś pomysł, żeby tym biednym turystom pomóc w przyszłości. Euro 2012 coraz bliżej. Żeby nam nie było głupio wtedy.

Pozdrawiam serdecznie i łączę wyrazy,

Bohdan Pękacki

poniedziałek, 19 lipca 2010

Spieprzenie obchodów 600-lecia bitwy pod Grunwaldem to naprawdę osiągnięcie, którego komuś trzeba pogratulować. Tylko komu?

Chłopaki mieli 600 lat, żeby się do tego przygotować. Ja wiem, że po drodze oblegaliśmy Malbork, były rozbiory, powstania i dwie wojny światowe, ale mimo wszystko było też sporo czasu, żeby jednak coś tam zorganizować. Choćby wodę z kranu nie po złotówce.

Ogromne pieniądze wydane na gigantyczną promocję, a potem zdziwienie, że ludzie przyjechali. Organizatorom - tak wynika z doniesień - udało się spieprzyć organizację niemal w każdym z kluczowych elementów - bezpieczeństwa, transportu, obsługi medycznej, by wymienić tych kilka podstawowych.

Przed nami kolejne 100 lat czekania na obchody, zacznijmy się już teraz przygotowywać, może damy radę z autobusami z dworca na pole bitwy.

niedziela, 04 lipca 2010

Znalazła moja kochana żona:

Urząd Komunikacji Elektronicznej w Warszawie Dyrektor Generalny poszukuje kandydatów na stanowisko: Specjalista ds. szkoleń i rekrutacji pracowników.

Dokumenty należy przesłać do dnia 15.07.2010 r.(liczy się data stempla pocztowego)
na adres: Urząd Komunikacji Elektronicznej Biuro Administracji i Kadr ul. Kasprzaka 18/20 01-211 Warszawa z dopiskiem "specjalista-BAK"

Więcej tutaj.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Krótki artykuł o tym, dlaczego kibicuje Holendrom - a także krótka historia o mojej mamie. Do przeczytania tutaj. Kierownik działu sportowego "GW" po przeczytaniu powiedział "Całkiem zabawne, nie wiedziałem, że ty jesteś taki szczyl".

środa, 31 marca 2010

Trzy lata temu po raz pierwszy mój kruchy kręgosłup w końcu nie wytrzymał i - co przewidywali już od jakiego czasu niektórzy lekarze - eksplodował bólem w okolicach lędźwi, paraliżując mnie dokumentnie od pasa w dół na trzy tygodnie. Na pierwszy spacer - z pożyczonym od dziadka balkonikiem - wyszedłem dwa miesiące później, ale szybko wróciłem do łóżka, bo ból był nie do wytrzymania, a władza w nogach iluzroyczna.

Niemal równo rok później ból i blokada ruchowa wróciły - w nieco tylko mniejszym nasileniu, ale za to na dłużej. Z trudem zdążyłem postawić się na nogi przed igrzyskami w Pekinie.

Ale wtedy byłem już pod opieką właściwych ludzi.

Gdy dwa lata temu neurochirurdzy i ortopedzi oglądali rezonanse magnetyczne mojego kręgosłupa, widzieli tylko jedno rozwiązanie: operacja. Korzeń nerwowy i worek opony twardej były uciśnięte takim kawałem dysku, że niektórzy eksperci tylko robili wielkie oczy ze zdziwienia. Nie było co zbierać. Tylko ciąć.

Niestetye operacje na kręgosłupie mają to do siebie, że mogą pomóc, mogą nie pomóc, a czasem mogą też zaszkodzić. Dlatego się na nią zdecydowałem. Wybrałem rehabilitację, wbrew opini lekarzy.

Po co to wszystko piszę?

Minęły dwa lata. Jestem właśnie po kolejnej wizycie u neurochirurga. Okazało się, że mój organizm poradził sobie z tą chorobą. Zdarza się to podobno w 1-2 wypadkach na sto. Sekwestr został wchłonięty (lub zeżarty przez enzymy, trudno powiedzieć), w tej chwili nie mam ekstremalnych problemów z kręgosłupem (tylko dość poważne, ale któż ich nie ma?). Nie mogę grać w kosza, ani w piłkę, nie mogę chodzić po górach, cały czas boli, ale żyję w miarę normalnie - co dwa lata temu było niewyobrażalne.

Zabijcie mnie, nie wiem, czemu tak się stało. Dbałem o siebie, ćwiczyłem, ćwiczyłem i nie odpuszczałem. Ale wiele osób też o siebie dba, też ćwiczy - jeszcze intensywniej ode mnie - a takiego szczęścia nie mieli. Lądowali na stole operacyjnym.

Trzy rzeczy w związku z tym:

1. Całej armii ludzi należą się podziękowania, ale przede wszystkim - Piotrkowi Górskiemu, który kierował moją rehabilitacją. Uchronił mnie przed operacją, nauczył wszystkiego, co powinienem wiedzieć o swojej chorobie, wiele razy ustawiał do pionu - dosłownie i w przenośni - gdy tego potrzebowałem. Czasem nie wierzę swojemu szczęściu, że do niego trafiłem. Nie mam wątpliwości, że to dzięki Piotrkowi jestem w tym miejscu, w którym jestem.

2. Na samym początku tej przygody jeden z najbardziej doświadczonych rehabilitantów w Polsce powiedział mi: "Tak wielkie uszkodzenia kręgosłupa czasem się wchłaniają. Widziałem to raz czy dwa". Pomyślałem sobie - czemu miałbym się na to nie załapać?

I wiem, że to głupi brzmi, ale jeśli rąbnie cię coś takiego samego - walcz. Dyskopatia, zwłaszcza w poważnym stadium, to okropna choroba, ale nie pozwól, żeby przejęła nad tobą kontrolę. Można sobie z nią poradzić.

3. A jeśli nie wiesz, co to dyskopatia, ale bolą cię plecy - nie lekceważ tego. Idź do lekarza. Zadbaj o siebie. Jak coś w końcu pieprznie, może być za późno. I uwierz mi: to naprawdę boli.

poniedziałek, 08 marca 2010

I kto mi teraz uwierzy, że jestem ogromnym fanem Katheryn Bigelow od piętnastu lat, czyli od momentu, w którym po raz pierwszy zobaczyłem "Dziwne Dni"? Tutaj jakiś tam dowód, mam też świadków.

Już dawno nie byłem po oscarowej nocy tak spokojny.

Jadąc na mecz Legia - Odra, wracając z niego, a także (nie wstydzę się tego, kto widział spotkanie, ten wie, że jestem usprawiedliwiony) czytałem "Marię Stuart" Zweiga i stwierdzam, że atmosfera, w której Maria szła na szafot była weselsza, niż ta na stadionie przy Łazienkowskiej.

Ten wstęp wyprowadzi nas do dwóch uwag:

1. Polska liga jest zastanawiająca z wielu powodów, a jednym z nich jest granie na czas. To, jak niewiele potrzeba piłkarzowi prowadzącej drużyny, żeby zaczął się zwijać z bólu, to jak trudne są decyzje, gdy trzeba zdecydować, kto wybija aut i to, jak długo zajmuje zbiegnięcie z boiska, gdy trener zdecydował się na zmianę - to wszystko wprawia mnie w przygnębienie. Zawodnicy Odry przechodzili samych siebie, sam Arkadiusz Onyszko w wymyślaniu sposobów na celebrację wybicia piłki był tak kreatywny, że gdybym urządzał wesele, to poprosiłbym go o kilka pomysłów.

Piłkarze Legii się unosili się świętym oburzeniem i skarżyli się sędziemu, szeroko gestykulując. I słusznie! Przecież nikt nie może od nich wymagać, żeby pamiętali, jak zachowywali się w meczu z Cracovią tydzień temu.

Granie na czas nieodmiennie i od zawsze kojarzy mi się z polską ligą. Wiem, że na całym świecie są piłkarze, którzy się w tym specjalizują, ale u nas ta umiejętność urosła do rangi sztuki i jest to jedyna dziedzina sztuki w tym kraju, poza socrealizmem, która w pełni rozwinęła się systemowo. Gdy tylko komuś uda się wyjść na prowadzenie, albo chociaż mieć widoki na korzystny remis na zawsze trudnym terenie rywala, to niemal zawsze zaczyna się komedia. I jak to zwykle polskie komedie ostatnio - nieśmieszna.

W innych ligach tak bywa, u nas tak jest.

2. Ale o rzeczach ważnych - dziś już nie pisze się takich książek jak "Maria Stuart". I tylko częściowo chodzi tu o elegancję stylu, którym Stefan Zweig do spółki z tłumaczką Marią Wisłowską oczarowują (zdradzę Wam tajemnicę: czy wiecie, że kiedyś tłumaczenia książek - ale ćśśśśśś... - miały, uwaga, redaktorów?), ale przede wszystkim o to, że dziś, nikomu nie przyszłoby do głowy napisać książki poniekąd historycznej, w której fatum i natura kobieca, łatwo ulegająca namiętnościom i niezdolna jest w zasadzie do racjonalnego osądu, są czynnikami decydującymi o losach świata i ludzi.

Zweig, pełen życzliwości dla Stuart, każdym zdaniem świadczy o swej epoce (broń Boże o epocje bohaterki), gdy tłumaczy, że największe błędy królowa Szkocji popełniała będąc na zabój zakochana w swym gwałcicielu. Bothwell ją posiadł siłą i zdobył, "nie można chyba czynić Marii Stuart odpowiedzialną za jej czyny wówczas, gdy była w stanie zmysłowej i duchowej zależności od ukochanego mężczyzny"- pisze autor, nieświadom tego, jak bardzo szownistyczne to słowa. Próbując ją usprawiedliwić, wtłacza Zweig postać królowej w ramy, które dziś nie przystoją. Bo, nawet zakładając, że takie uzależnienie miało miejsce (w co trudno mi uwierzyć), to owszem, można. Tłumaczenie "naturą kobiecą" działań i decyzji zarówno Marii, jak i jej epistolarnej siostry i rywalki Elżbiety I, to nietłumaczenie niczego.

Napisałbym dziś, w dzień Manify i w przedzień 8 marca, że cieszę się, że jako społeczeństwo od czasów Zweiga, zrobiliśmy postęp, ale prawdę powiedziawszy bliższe prawdy byłoby chyba stwierdzenie, że nie zrobiliśmy. Natury męska i kobieca wciąż i nieustająco służą za wyjaśnienia działań, decyzji i motywacji. Przyzwyczailiśmy się do tego i jest nam tak po prostu wygodniej.

Zatem całuję rączki pięknym paniom.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15